Rachunki za prąd będą wyższe?


Rachunki za energię elektryczną będą wyższe. Nowa opłata za dostęp do mocy będzie kosztować odbiorców niemal 4 mld zł roczne. Średnio daje to od kilku do 10 zł miesięcznie na rodzinę. Rządowy projekt ustawy o rynku mocy trafił już do pierwszego czytania w Sejmie. Ustawa prawdopodobnie zostanie uchwalona po wakacjach.

Ustawa to w dużej mierze efekt nowych przepisów unijnych. Bruksela przygotowuje przepisy zakazujące subsydiowania z pieniędzy podatników elektrowni o emisjach dwutlenku węgla przekraczających 550 gramów na 1 kWh. Dotną one głównie elektrownie węglowe (nawet najnowsze bloki na to paliwo emitują po 700 gCO2/kWh). Rząd Beaty Szydło ostro się temu zakazowi sprzeciwia, ale nasze szanse na jego odrzucenie są niewielkie. Dlatego rząd chce przyjąć ustawę o rynku mocy, zanim jesienią przyszłego roku UE uchwali ograniczenia dla węgla.

Rząd chce wprowadzić kolejny mechanizm wsparcia aby pokryć koszty utrzymania i modernizacji starzejących się bloków węglowych i ułatwić spłatę kredytów zaciąganych na budowę nowych elektrowni. Dzisiejsze ceny na rynku hurtowym energii elektrycznej są bowiem tak niskie (m.in. przez farmy wiatrowe, które nie muszą kupować paliwa i wypierają z produkcji najstarsze bloki węglowe), że nie pozwalają zarobić na spłatę kredytów zaciąganych na jakąkolwiek nową elektrownię. I to bez względu na to czy będzie napędzana węglem, gazem, wodą, wiatrem, biomasą, atomem czy słońcem.

W ubiegłorocznej analizie Polski Komitet Energii Elektrycznej wyliczył, że dzisiaj odbiorcy płacą za  prąd około 20 mld zł rocznie. Jednak za dziesięć lat będą musieli wydawać na jego zakup już 40 mld zł, żeby pokryć koszty inwestycji w nowe moce i utrzymać w rezerwie stare. PKEE zwróciło uwagę, że jeżeli pieniądze nie trafią do spółek energetycznych, to odbiorcy poniosą jeszcze wyższe, sięgające 55 mld zł rocznie, koszty – w dużej mierze strat spowodowanych przerwami w dostawach energii.

Łącznie do 2030 roku koszty rynku mocy mają wynieść 26,9 mld zł, z czego najwięcej zapłacą odbiorcy biznesowi i przemysł nieenergochłonny – niemal 15 mld zł oraz gospodarstwa domowe – ok. 7 mld zł. Rząd chce dzięki temu – wzorem innych państw, m.in. Niemiec – ochronić przemysł energochłonny, który zapłaci ok. 2 mld zł.

Dla przeciętnej rodziny tzw. opłata mocowa powinna wynieść ok. 7 zł brutto miesięcznie, a więc od kilku do  10 proc. dzisiejszego rachunku. Tymczasem dla przeciętnego gospodarstwa domowego utrzymanie wszystkich istniejących „zielonych” elektrowni to dziś koszt tylko kilkudziesięciu groszy miesięcznie.

W najbardziej węglowym scenariuszu energię potrzebną odbiorcom zapewniłyby nowe bloki węglowe o mocy 1000 MW każdy, czyli takie, jakie dziś budujemy w Kozienicach, Jaworznie i Opolu, a kolejne planujemy w Ostrołęce i pod Szczecinem. Moce szczytowe dostarczyłyby z kolei wyremontowane bloki klasy 200 MW z lat 70., nowe bloki gazowe i import energii. Rozwój „zielonych” elektrowni byłby nieduży.

Taki scenariusz, zgodnie z zapowiedziami rządu, zapewniłby Polsce spadek emisji dwutlenku węgla, ale najmniejszy. Z dzisiejszych ponad 800 do 642 gCO2/kWh w 2035 roku. Począwszy od 2021 roku (kiedy rynek mocy zacznie wspierać nowe elektrownie) aż do 2035 roku polska energetyka wyemitowałaby do atmosfery jeszcze 1,8 mld ton dwutlenku węgla.

Znacznie lepsze efekty, zdaniem naukowców, dałaby realizacja wariantu zdecentralizowanego, w którym zmodernizowane bloki węglowe klasy 200 MW uzupełniałyby rosnącą produkcję energii z wiatru, słońca i biomasy w elektrociepłowniach. Taki miks pomógłby ograniczyć import prądu do Polski, a połączenia z sąsiadami miałyby zapewniać przede wszystkim pokrycie szczytów zapotrzebowania. Średnia emisyjność energetyki w takim wariancie spadłaby do 415 gCO2 w 2035 roku. Łącznie od 2021 roku krajowe elektrownie wyemitowałyby do atmosfery niespełna 1,3 mld ton CO2, a więc o 500 mln ton (29 proc.) mniej, niż w wariancie centralnym węglowym.
Autorzy raportu zwracają uwagę, że wparcie rozproszonej produkcji energii przyniesie korzyści, o których rzadko się mówi. W dzisiejszej scentralizowanej energetyce ogromne ilości energii są tracone na przesyle. W dodatku straty rosną wykładniczo wraz ze wzrostem ilości energii, jaka płynie sieciami. W szczytach zapotrzebowania odbiorców latem straty na przesyle dochodzą nawet do 15 proc. Zdaniem naukowców z InE gdyby do 2035 roku moc małych lokalnych elektrowni wzrosła do 7000 MW, straty na przesyle w letnich szczytach zapotrzebowania spadłyby o połowę.

Naukowcy przekonują także, że do 2035 roku szczytowe zapotrzebowanie odbiorców na moc można ograniczyć o 10 proc., przesuwając je na inne godziny dnia, a łączne zużycie energii w wariancie zdecentralizowanym mogłoby spaść o 5 proc. w stosunku do scenariusza węglowego.

Tekst z portalu wysokienapiecie.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

16 + 8 =